Górski, Feliks E., Pierścień 1821 r.

PIERŚCIEŃ

1821

 

W Augsburgu, na ustronnej uliczce, w domu należącym do szewca, mieszkała Anna Holzmanowa, wdowa po wyrobniku, mająca lat przeszło 50 i z tytułu ubóstwa pobierająca stałe wsparcie z dobroczynności. Ludzie jednak gadali, że wdowa nie jest tak biedna. Niejeden zazdrościł jej porządnego ubrania i innych tym podobnych rzeczy. Musiała też posiadać sprzętów więcej niż na własną potrzebę, bo odnajęła dwóm lokatorom komorę koło swej izby. To było powszechnie wiadome; lecz prócz tego szeptali sobie ludzie, że stara Holzmanowa, pomimo że dostaje jałmużnę, uciułała sobie porządny garnek oszczędzonego grosza. Wyobraźnia ubóstwa jest w tej mierze płodną w wynalazki, lubi upatrywać złoto pod łachmanami i właśnie ten urok tajemniczy nieraz wywołuje zbrodnicze pokusy.

W Wielki Piątek roku 1821, dnia 20 kwietnia, po raz ostatni widziano starą Holzmanową. Od tego czasu przepadła bez wieści. Dwaj lokatorzy, co u niej mieszkali, wyprowadzili się dopiero w kilka dni później, widząc, że gospodyni nie wraca; jeden z nich, Jerzy Rauschemeier wydalił się wprzód; drugi, Józef Steiner, w kilka dni po nim. Ponieważ obaj sądzili, że Holzmanowa jeszcze się zjawi, nie spieszyli więc z zawiadomieniem gospodarza mieszkającego w innej okolicy i donieśli mu o wypadku dopiero, gdy mieli dom opuścić. Gospodarz odebrał wszystkie klucze.

I on także nie poczytywał zniknięcia starej Holzmanowej za rzecz wielkiej wagi, a przeto zwlekał z doniesieniem do władzy policyjnej, które nastąpiło 17 maja. Policja zawiadomiła magistrat; magistrat powołał do tłumaczenia brata Holzmanowej i żonę. Brat, zdaje się, podobnie jak reszta prostactwa, wierzył chodzącym o wdowie pogłoskom i oświadczył, iż być może siostra wyszła z miasta i odebrała sobie życie. Ludzie gadają, że pożyczała na wysoki procent; może jej przepadła jakaś znaczna pożyczka i to ją doprowadziło do desperacji, a gdy jeszcze musiała zapłacić komorne w tymże czasie, mogła utopić się z rozpaczy.

Po zdjęciu przyłożonych pieczęci spisano inwentarz ruchomości. Brat z bratową oświadczyli przy tej czynności, że najlepszych rzeczy nie ma; nie znaleziono też ani schowanego garnka z pieniędzmi, ani żadnych ruchomości ukrytych. Zresztą nic się nie okazało, co by mogło dać powód do podejrzenia. Tylko po całym domu rozeszła się woń nieznośna, która spisującym inwentarz bardzo się uprzykrzyła. Przyczynę wnet odkryto; w komorze dawniej zajmowanej przez lokatorów stało kilka dużych naczyń napełnionych łajnem.

Rozpoczęło się śledztwo, lecz z braku wszelkich wskazań, takich, które by mogły naprowadzić na odkrycie zbrodniarza, a nawet takich, które by się kazały domyślać zbrodni, akta tymczasowe do dalszego czasu zostały reponowane.

Spoczywały długo, prawie rok cały, gdy wtem, w styczniu roku następnego, jakaś praczka z synem poszła na strych owego domu wieszać bieliznę. Na tym strychu, może i w całym mizernym domu, od dawno już nie zamiatano. Wszędzie było pełno słomy, śmiecia i gruzu. Przy odpychaniu śmieci nogą praczka potknęła się o jakieś ciało twardsze i po bliższym przypatrzeniu poznała udo i kadłub ludzki. Wnet matka z synem domyślili się, że to mogą być szczątki zaginionej przed rokiem Holzmanowej; uciekli oboje strachem zdjęci i pospieszyli donieść sądowi o swoim odkryciu.

Natychmiast delegacja sądowa udała się na miejsce i znalazła na poddaszu, w kącie, wśród słomy i śmiecia, nagie lewe udo z goleniem i nogą. O sześć kroków dalej kadłub bez głowy, rąk i nóg był wetknięty mocno między komin i dach. Przy dalszym szukaniu znalazła się jeszcze spódnica kobieca, kaftanik i czerwona chustka na szyję, wszystko mocno krwią zbluzgane. Lokatorzy domu natychmiast uznali, że rzeczy te należą do odzieży, w której Holzmanowa zwykle chodziła.

Poczęto szukać staranniej i na niższym większym strychu znaleziono pod deską, blisko rury kominowej, prawą rękę. Po tym odkryciu, gdy delegacja kazała poodrywać zgniłe podłogi, w komorze lokatorów Holzmanowej znalazło się zawinięcie; w sukni kobiecej pokrwawionej leżało zgięte prawe udo z goleniem i nogą i lewe ramię mocno zgięte w samym łokciu.

Kadłub i wszystkie części ciała były pokurczone, prawie jak uwędzone i z powodu zgięcia mocno zmienione co do kształtu. Zdawało się, że przeciąg powietrza lub inna jakaś fizyczna przyczyna całkiem zapobiegła zgniliźnie. Dla przywrócenia naturalnego kształtu zamoczono członki przez kilka dni w wodzie, potem owinięto w chusty napojone spirytusem, a na koniec wyprostowano je o ile można, aby dopełnić prawem przepisanej formy, to jest wizji. W rezultacie okazało się, że wszystkie te członki są częściami jednego ciała, ciała kobiety drobnego wzrostu i delikatnej budowy. Ramiona i udo ze zręcznością anatomiczną były wyjęte ze stawów.

Ani na kadłubie, ani na członkach ciała nie było śladu zranienia, które by śmierć za sobą pociągnąć mogło. Jeżeli więc nastąpiło zranienie takie, to musiało uszkodzić tę część ciała, której jeszcze brakło, a której mimo najtroskliwszych poszukiwań nie można było dotąd wynaleźć – to jest głowę.

Pomimo jednak i tego braku ze wszystkich wskazań wypływał wniosek niewątpliwy, że pocięte części ciała są szczątkami Holzmanowej. Była ona według zeznania krewnych i znajomych budowy delikatnej, drobnej, miała nogę prawą grubszą od lewej, a u tej nogi przed wielu laty ucięty palec wielki. Wszystkie te znaki znaleziono zgodne i brat, i bratowa, i inni znajomi oświadczyli jednomyślnie, że okazane członki są z ciała Anny Holzmanowej.

Wkrótce też i co do głowy znalazł się przynajmniej ślad. Blisko domu, gdzie mieszkała Holzmanowa, idzie kanał, do którego dostarcza wody rzeka Lech. Wszystkie odnogi rzeki oraz kanały przerzynające Augsburg mają bystry bieg. Dozorca fabryki nad tym kanałem będącej koło Zielonych Świątek zeszłego roku zobaczył przy łódce fabrycznej wyrzuconą na brzeg czaszkę ludzką, z całego mięsa obnażoną, a która z tego powodu zdawała mu się tak starą, jak gdyby pochodziła z cmentarza. Oglądał czaszkę, okazał nawet bratu, a potem znowu wrzucił do wody, obawiając się, że stąd może mieć jakiś ambaras. Czaszka była mała, w szczęce miała tylko dwa albo trzy zęby, co także zgadzało się z opisem Holzmanowej, podanym przez znajomych. Jeżeli ją morderca zabił i poćwiartował, tedy nie mógł uprzątnąć głowy sposobem dogodniejszym, jak gdy ją po ciemku wrzucił do bliskiego kanału. Woda kanału znowu wracała do rzeki, a tam wszelkie poszukiwania były próżne. Zresztą dozorca fabryki i brat jego zapewniali, że nie dostrzegli na czaszce żadnej szczerby, żadnej dziury, słowem żadnego uszkodzenia.

Lecz inne jeszcze bardzo ważne odkrycie zrobiono przy rozprostowaniu odmiękczonych członków. Gdy lekarz sądu usiłował z wolna wyprostować lewą rękę znalezionego ciała, wypadł na ziemię z wewnętrznego zgięcia łokcia mosiężny pierścionek. Nie należał on do starej Holzmanowej. Według wszelkiego więc podobieństwa był własnością mordercy, któremu zsunął się z palca, gdy był zajęty krajaniem trupa. Jakby na niezbity dowód zbrodni ręka zmarłej przytrzymała ten znak.

Ale czyj to był pierścionek? Nikt nie wiedział. Tymczasem najbliższe podejrzenie padało na byłych lokatorów wdowy. Oni, według własnego zeznania, byli ostatnimi, którzy ją widzieli. Po zniknięciu Holzmanowej pozostali jeszcze jakiś czas w mieszkaniu, nie donosząc o wypadku. Jakiż inny morderca, który tylko chwilowo mógł się zakraść do domu, byłby w stanie zająć się tak starannie pokrajaniem ciała, jak jeden z nich albo obaj razem? Taka robota wymagała długiego czasu i sposobności bez przeszkody. Przez kilka dni po zniknięciu Holzmanowej oni pozostawali w domu i nic nie dostrzegli, chociaż musiały być ślady. W ich komorze, pod podłogą, leżała część ciała. Nadto jeszcze jeden z nich, Rauschemeier, przy pierwszym śledztwie zeznał pod przysięgą, że gospodyni w Wielki Piątek wyszła z domu z inną kobietą, zostawiwszy mu klucze, co, jak się teraz okazało, było wierutnym kłamstwem. Nareszcie wykazało się, że Rauschemeier nazajutrz po Wielkim Piątku przy pomocy swej kochanki niektóre rzeczy Holzmanowej wyniósł z domu i zastawił albo sprzedał. Dosyć powodów, aby go aresztować.

Rauschemeier, który nie wydalił się z Augsburga i którego nowe mieszkanie dobrze było wiadome, przy aresztowaniu okazał nie tylko zimną spokojność, ale nawet zupełną swobodę umysłu. Zaprzeczał wszelkiemu wspólnictwu, wszelkiej wiadomości co do morderstwa popełnionego na Holzmanowej i opowiedział znowu z większymi jeszcze szczegółami, jako Holzmanowa w Wielki Piątek bardzo rano z inną nieznajomą kobietą, co po nią przyszła, wyszła z domu i jemu zostawiła klucze do schowania. Nie wróciła ani tego dnia, ani następnego; on, że nic złego w tym nie widział, nie sądził się też obowiązanym donieść niezwłocznie policji. Zaprowadzono go na cmentarz i pokazano mu złożone martwe ciało wdowy. I tu pozostał spokojny i oświadczył, że nie zna ciała tej nieszczęśliwej ani nie wie, co by to znaczyło.

W końcu stycznia prosił o posłuchanie, lecz sędzia omylił się mniemając, iż wyznanie jakieś usłyszy. Rauschemeier prosił tylko, aby mógł być wypuszczony z więzienia, gdyż nie pojmuje, za co tak długo siedzi.

Jednakże następnego już dnia wyznał, iż dał się skusić nastręczoną przez niebytność gospodyni sposobnością i wiele do niej należących rzeczy zabrał. Sumienie, jak twierdził, nie daje mu spokoju i zmusza do wyznania popełnionej kradzieży. Z tąż samą otwartością, jaka dotąd cechowała całe jego postępowanie, podyktował do protokołu wszystkie te rzeczy dokładnie wyszczególnione i zeznał, że kochanka jego wyniosła je na miasto za jego wiedzą i wolą.

Po tym ostatnim, jak się zdawało, szczerym wyznaniu, upadła na pozór wszelka nadzieja dalszego odkrycia. To mu tylko dowiedziono, że on ostatni widział Holzmanową, że zaniedbał donieść o jej zniknięciu tak wcześnie, jakby wypadało, że ze względu na wspólność mieszkania i samotne domu położenie miał dogodną sposobność do popełnienia mordu, że niektóre członki ciała znaleziono schowane w jego komorze i że według własnego zeznania dopuścił się kradzieży. Lecz złodziej, do tego dobrowolnie przyznający się do winy, nie jest jeszcze człowiekiem, którego by bezwarunkowo można posądzać o morderstwo, a nie było ani świadków czynu, ani żadnych poszlak ubocznych.

Sędzia wszakże moralne miał przekonanie, że nie kto inny, tylko Rauschemeier jest mordercą i bardzo zręcznie poprowadził sprawę. Zaniechawszy śledztwa co do morderstwa, zajmował się niby tylko kradzieżą i tylko względem niej zadawał obwinionemu różne pytania. Okazano mu wszystkie suknie skradzione Holzmanowej, a przez sąd odszukane, i on wszystkie przyznał. Lecz pomiędzy ostatnie z przedstawionych mu efektów wtrącono i kilka drobiazgów, zabranych w jego mieszkaniu, a których należenie do Holzmanowej było wątpliwe. Między tymi znajdowały się dwa kolczyki, dwie obrączki złote i – ów mosiężny pierścionek, który znaleziono przytrzymany w zgiętym ramieniu trupa. Sędzia udawał, iż się zabiera do zamknięcia protokołu, w tym niby przekonaniu, że Rauschemeier, przyznawszy już tyle, bez wahania przyzna i kradzież tych kilku drobiazgów.

– Nie! – zawołał więzień, obruszony niesprawiedliwym zarzutem – to wszystko moje!

Sędzia upomniał go, aby nie zbaczał z dobrej drogi, której się raz podjął i raczej wyznał szczerą prawdę. Ale Rauschemeier przysięgał, że kolczyki, obrączki i pierścionek mosiężny są jego własnością. Pierścionek zawsze nosił i dopiero cztery albo pięć tygodni po Wielkiej Nocy kupił złote obrączki. Gdy sędzia potrząsał głową niby nie wierząc, Rauschemeier wołał, iż łatwo go przekonać może, bo pierścionek musi mu pasować na mały palec prawej ręki. Wetknął go na palec; pierścionek przypadał, ale tak, że suwał się dosyć luźno po palcu.

Pierścień wydał mordercę. Wytoczono inkwizycję specjalną przeciw niemu, jego kochance oraz drugiemu lokatorowi wdowy, Steinerowi.

Przy badaniach Rauschemeier zrazu śmiało wszystkiemu zaprzeczał, powołując się na otwartość, z jaką dobrowolnie sam wyznał kradzież; dalej mieszał się w odpowiedziach; zbladł i zaczerwienił się, gdy mu sędzia wytknął, gdzie pierścionek został znaleziony; wreszcie przy trzecim przesłuchaniu zapłakał, padł na kolana i wykrzyknął: „Panie komisarzu, widzę, że pan mi dobrze życzysz. Ostatnim razem przemówiłeś mi do serca. Otwarcie wyznam ci mą winę”.

Dotrzymał słowa i uczynił wyznanie zupełne. Od lat dziecinnych hultaj, włóczęga, próżniak i zbrodzień, składał całą przyczynę swego zepsucia na złe wychowanie. Matka i rodzona siostra świadczyły przeciw niemu, ale nie mogły odeprzeć zarzutu, że one same przez brak dozoru i dobrego przykładu oddały go na pastwę zbrodni. W Monachium nauczył się tokarstwa, toczył z kości, a stąd nauczył się, jak stawy i kości zręcznie przecinać. W czasie wojen Napoleona z Austrią od 1805 do 1809 służył to z jednej, to z drugiej strony, dezerterował od Austriaków do Francuzów, od Francuzów do Austriaków, jak mu kazał interes albo nawet kaprys; nigdy nie był złowiony na uczynku i żadnej za zbiegostwo nie poniósł kary. Lecz siedział w domu poprawy za to, że okradł oficera swego w Warszawie; „wyższy zaś kurs zbrodni i zakamieniałego zbestwienia odbył w czasie odwrotu wojska francuskiego z Rosji w 1812 roku. Berezyna, służba w tamtejszych szpitalach, stłumiły w nim ostatnią iskrę uczucia ludzkości.

Z domu poprawy wrócił do Augsburga i około dwóch lat z rozmaitej utrzymywał się pracy. Kolejno robił u tokarza, był nadawaczem w litografii, rąbał drwa i tłukł kamienie na szosie. „Ale – są jego słowa – zawdy potrzebowałem pieniędzy, chciałem sobie sprawiać suknie, a w jadle i piciu także sobie nie żałowałem. To stąd pochodziło, że za młodu zbyt mnie zaniedbali i dlatego doszedłem do wszystkiego złego”.

Holzmanowa miała tak piękne rzeczy, a spodziewał się znaleźć u niej dużo pieniędzy. Postanowienie, żeby ją zabić, niewiele kosztowało go namysłu. Nieco dłużej zastanawiał się nad rodzajem śmierci i wreszcie obrał uduszenie, bo rozumiał, że to śmierć najlepsza, bo przy tym wiedział, że uduszenie obejdzie się bez hałasu i nie zostawia po sobie żadnych śladów krwawych, bo nareszcie nieraz w Rosji słyszał w szpitalach, jak lekarze mówili, że ciało uduszone mało daje krwi przy ćwiartowaniu.

Na tydzień przed Wielkim Piątkiem zamiar dojrzał i odtąd Rauschemeier nie miał spokoju. Czasami przychodziła mu myśl, żeby czynu zaniechać, ale była to myśl tylko przelotna, przemijająca. Rankiem w Wielki Piątek, gdy wszyscy domownicy byli w kościele, gdy i drugi lokator Steiner wyszedł, zdarzyła się chwila sposobna. Cicho w całym domu. Nikogo nie było, tylko Holzmanowa i on. Owładnęła nim myśl zbrodni i w momencie została spełniona.

Wszedł do izby Holzmanowej i nie mówiąc, rzucił się na nią; właśnie szła ku łóżku, obalił ją na łóżko. Tu warto przytoczyć własne jego słowa: „Położyłem się na niej całym ciałem, wziąłem ją obiema rękami za gardło i oboma palcami przycisnąłem języczek. Tak dławiłem ją za gardło minut cztery albo pięć, aż się udusiła, a ona nie mogła się bronić. Nie musiała też wiele cierpieć, bo bez tego była słabowita i ani się odezwała”.

Kiedy uważał, że ofiara już nieżywa, barbarzyńca puścił martwe ciało na podłogę i pospieszył zrewidować kuferek. Lecz zamiast mniemanych skarbów nie więcej znalazł gotowizny jak osiem krajcarów i dwa fenigi (około pół złotego polskiego). Wszędzie szukał, ale daremnie, stara nie posiadała bogactw. Na całą zapłatę morderstwa kilka zdobył groszy i parę sukien!

Teraz szło o utajenie czynu. Ledwie kwadrans minął, a trup już ostygł. Wywlókł ciało przez drzwi pokoju na dolny strych, na który izba wychodziła i, aby trupa łatwiej sprzątnąć, rozciął go nożem na sztuki. Radzimy czytelnikom słabych nerwów, aby przerzucili opis tej operacji, którego jednak nie zdało nam się opuścić, bo dla psychologa i prawnika tak jest charakterystyczny, że nawet własne zbrodniarza zacytujemy słowa: „W kampanii rosyjskiej widziałem bardzo często w szpitalach, jak rozcinali trupy i uważałem dobrze. Najpierw wyciągnąłem ciało Holzmanowej na podłodze, rozebrałem do naga i nożem moim ciąłem w prawą barkę i wokoło stawu, aż zobaczyłem kość; potem wykręciłem całe ramię i położyłem koło trupa. Potem ciąłem w drugą barkę wokoło stawu, tak samo wykręciłem lewe ramię i także położyłem przy ciele. Następnie tymże nożem ciąłem wokoluteńko w prawe biodro, aż zobaczyłem kość i staw, oburącz wykręciłem prawe udo ze stawu i złożyłem na podłodze. Zupełnie takim sposobem okroiłem lewe biodro i podobnież wykręciłem lewe udo. Nareszcie ciąłem tymże nożem w szyję głęboko wokoło, aż zobaczyłem kość pacierzową. Ponieważ głowa nie chciała się oddzielić, gwałtem ją odcisnąłem. Trzasnęło i już tylko potrzebowałem zrobić małe cięcie w staw szyi, a głowa się oddzieliła; jednakże zostało przy niej parę kręgów. Teraz wszystko było skończone, a do tej całej roboty nie potrzebowałem wiele więcej czasu nad kwadrans”.

Pojedyncze członki schował bez wielkiego zachodu tam, gdzie później były znalezione, a wieczorem o dziesiątej wrzucił do kanału głowę, owiniętą w stary fartuch i nóż, którym całą wykonał operację. Wpierw jednak jeszcze wydarł kolczyki z uszu. Natychmiast zajął się wyniesieniem z domu sukien i innych efektów, co mu z łatwością się udało. O sprzątnięcie członków trupa nie troszczył się wcale. Myślał, że zgniją w domu; jeżeli się kiedy znajdą, już jego tu nie będzie. Opustoszałość zniszczonego budynku mogła go ubezpieczać, że odkrytymi nie zostaną, jakoż znalazły się dopiero prawie po roku, przypadkowo, w czasie wielkiego prania.

Kiedy około dziesiątej rano w Wielki Piątek skończył krwawą robotę, zbrodniarz poszedł do kościoła. Któryż z pobożnych, zebranych w kościele, domyśliłby się w sąsiedzie stojącym za słupem ze schyloną głową, że to morderca – niepospolity morderca, który tylko co pokrajał i poszarpał ciało biednej kobiety, która mu nigdy nic złego nie zrobiła – który przy tej robocie nie zadrżał i nie wzdrygnął się. Jednakże, jak później wyznał, nie mógł się modlić; żal strach nim miotały. „Wiedziałem – są jego słowa – że zamordowanie Holzmanowej jest wielką zbrodnią, ale za bardzo trzeba mi było pieniędzy i zbyt ich pragnąłem, a przy tym zdawało mi się najzręczniej i najłatwiej zamordowaniem gospodyni dostać grosza”. Wszakże i to wyznał, że od chwili popełnionego morderstwa zawsze mu czegoś nie dostawało.

Po wyznaniu pozostał zupełnie spokojny. Mimo odpowiedzi naiwnie nieokrzesanych, zdradzających zwierzęcą naturę, okazywał wiele skruchy i przy badaniach często płakał głośno i łkał. Uskarżał się przy tym ciągle na swe złe wychowanie. Gdyby go inaczej wychowali, nie zostałby mordercą.

Znakomity prawnik niemiecki Feuerbach po opisaniu tej sprawy czyni uwagę, iż Rauschemeier służy za dowód, że w środku Europy jeszcze znajdują się ludzie, którzy pod względem zbestwienia umysłowego i moralnego mało różnią się od dzikich mieszkańców Nowej Zelandii lub Protokudów w Brazylii.

Rauschemeier w dwóch instancjach skazany na śmierć przez ścięcie. Obostrzenie tej kary wystawieniem u pręgierza darowano mu w drodze łaski.

Mamy jeszcze pokrótce nadmienić o epizodzie tej sprawy, również godnym uwagi psychologa i prawnika. Prócz Rauschemeiera – jak powiedzieliśmy – pociągnięto jeszcze do inkwizycji jego kochankę i drugiego lokatora, który razem z mordercą mieszkał, Steinera. Okazało się wnet, że cała wina kochanki ogranicza się na tym, iż pomogła sprzedać efekta skradzione. Inaczej rzecz miała się z Steinerem.

Człowiek ten wiele przysporzył pracy inkwirentowi. Ograniczony do najwyższego stopnia, bez żadnego wychowania, daleko niższy był umysłowo nawet od Rauschemeiera. Przy pierwszym powołaniu do tłumaczenia po zniknięciu Holzmanowej nie można było mu kazać wykonać przysięgi, bo choć miał trzydzieści cztery lata wieku, sąd uznał go bezwarunkowo niezdolnym pojąć znaczenie i ważność przysięgi; sędzia powiedział o nim, że zdaje się prawie niepodobnym dać mu pojąć jakiekolwiek wyobrażenie i że z trudnością można wydobyć z niego odpowiedzi na najprostsze zapytania.

W następnym roku, po odkryciu ciała wdowy, gdy razem z Rauschemeierem został uwięziony, sędzia znowu w protokole nadmienił, że całe znalezienie się Steinera okazuje nadzwyczajną niedołężność umysłu.

Z początku wypierał się wszelkiego wspólnictwa, wszelkiej nawet wiadomości czynu; lecz nagle z własnego popędu wystąpił z długą historią, przybierając niejako na siebie rolę świadka przeciw Rauschemeierowi.

Oświadczył tedy, iż w Wielki Piątek wieczór, między dziesiątą a jedenastą, wrócił do domu i jak zwykle chciał gospodyni powiedzieć dobranoc. Ale nie znalazłszy jej w łóżku, myślał, że nie wróciła jeszcze i położył się spać. Owóż w nocy usłyszał nad sobą, na górnym strychu, mocny upadek czy uderzenie i zdawało mu się, jak gdyby coś ciągnęli tam i sam. Następnego dnia, w sobotę, przyszedł do domu równie późno; kamrat mu otworzył. Chciał znowu iść do gospodyni, ale go kamrat nie puścił i zaraz ze świecą wprowadził do alkierza. Tu ledwie się położył, a zaczęło mu kapać z góry na nos. Obrócił się; położył na twarzy; kapało mu na plecy. Rano, gdy się dzień zrobił, obaczył, że to krople krwi. Spytał kamrata Rauschemeiera skąd się krew ta wzięła? Lecz kamrat odpowiedział, że nie wie i że to nic nie znaczy. Zrazu taka odpowiedź zaspokoiła go i nie myślał więcej o tym. Ale gdy na cmentarzu okazali mu złożone członki ciała gospodyni, przyszło mu na myśl, że Rauschemeier podobno ją zabił.

Sędzia w protokole dodał uwagę, że Steiner uczynił to zeznanie w sposób dosyć wyraźny i zrozumiały i przy tym okazał, iż więcej ma rozsądku, niżby się zdawało.

We trzy tygodnie później, przy innym przesłuchaniu, spytany, czy jeszcze coś może powiedzieć, oświadczył: „Tak jest, przypomniałem sobie coś jeszcze. Mam złą pamięć. Ostatnim razem podobno się omyliłem. Koń na czterech nogach potyka się i ja potknąć się mogę”. Dodał tedy, że już w nocy z czwartku na piątek krew kapała mu na nos i na plecy. W Wielki Piątek rano mówił kamratowi: „Toć na miłość boską nie zabiłeś gospodyni?”. Na to Rauschemeier zagroził mu śmiercią, gdyby cokolwiek powiedział o krwi albo o gospodyni. Miał w ręku kij sękaty. „Patrz – mówił – tym kijem cię zabiję, jeśli słowo powiesz”. Steiner przy tym upewniał sędziego, że może być przekonany, że kamrat gospodynię zabił, bo to chłop tęgi i śmiały. On zaraz tego się domyślił, tylko że kamrat mu groził, że się lękał o życie, milczał dotąd.

Przy dalszym badaniu coraz nowe przytaczał okoliczności. W niedzielę znalazł krew na podłodze dosyć starannie wytartą, a w kącie alkierza swoją starą koszulę całkiem krwią przesiąkłą. Kamrat zapewne umyślnie krew wytarł jego koszulą, aby na niego zwalić podejrzenie morderstwa. Nareszcie przypomniał sobie jeszcze, że na tydzień albo dwa przed Wielkim Piątkiem kamrat żartem mocował się z gospodynią, zapewne, żeby spróbować, jak jest silna. Już więc wtedy zapewne nosił się z zamiarem, żeby ją zabić. „Bo darmo nic się nie robi; komedię grają dopiero wtedy, gdy próba dobrze się udała”.

Później przypomniał sobie więcej. W tydzień po Wielkiej Nocy był z Rauschemeierem w szynkowni. Ten chciał mu wtedy podarować srebrny pierścionek i parę kolczyków, byleby nic nie mówił o krwi. Ale on nie przyjął.

Kiedy człowiek do tego stopnia umysłowo niedołężny tak szczegółowe czyni zeznania, przypuścić nie można, aby to były tylko zmyślenia. Należało mniemać, że powtarza to, co się rzeczywiście stało. Komu by na myśl przyszło, że umyślnie świadczy fałszywie? Wszystkie przy tym jego zeznania, prócz kilku drobnych okoliczności, w których mogła go pamięć omylić, zgadzały się z tym, co śledztwo wykryło. Póki Rauschemeier zaprzeczał czyn, Steiner był dlań niebezpiecznym świadkiem. A gdyby do końca się nie przyznał – co więcej, gdyby przypadkiem był niewinny, zeznanie Steinera takiej nabrałoby wagi, iż w połączeniu z innymi poszlakami sąd na tej zasadzie mógł Rauschemeiera uznać mordercą i skazać niewinnego na śmierć.

Ale Rauschemeier wszystko przyznał, przyznał czyn, oświadczył solennie, iż nikomu nie powiedział jednego słowa, mogącego dać powód do domysłu, iż zbrodnię mordu popełnił, że ani kochanka, ani Steiner nic nie wiedzą, że nie mieli ani udziału w czynie, ani żadnej o nim wiadomości.

Sąd zakomunikował mu dobrowolne Steinera zeznanie. Rauschemeier osłupiał, uniósł się gniewem, zawołał, że to czyste kłamstwo, że mu słowa o tym nie mówił, że zawsze był przekonany i jest dziś jeszcze, że Steiner nigdy ani się domyślił tego, co się stało.       

Jakież powody mógł mieć zbrodniarz przyznający się do winy, żeby tak uporczywie zaprzeczać okoliczność uboczną, obojętną? Co mogło go skłaniać do oszczędzania Steinera, który sam dobrowolnie przyznawał się do wiadomości o zbrodni? Jakie znowu mógł mieć powody Steiner do denuncjacji przeciw drugiemu, a razem do obwinienia siebie, że wiedział, ale z bojaźni milczał? Była to zagadka trudna do rozwiązania.

Sąd począł ściślej badać Steinera; zwrócił jego uwagę na liczne niezgodności między jego zeznaniem a zeznaniem Rauschemeiera. Steiner bardzo naiwnie natychmiast odwołał wszystko: „Prawda, jestem bydlę, a stąd mówię dużo rzeczy niepotrzebnych. Przepraszam, że tyle nałgałem. Myślałem sobie, że kamrat mógł zabić gospodynię, a na mnie mają podejrzenie, choć jestem ze wszystkim niewinny. Powiedziałem tedy różne rzeczy, co mi przyszło do głowy, aby podejrzenie na kamrata wzmocnić i aby pana sędziego o mojej niewinności przekonać”.

Tak tedy Steiner znowu oświadczył, że same zeznał kłamstwa. Owo kapanie krwi na nos i plecy, owo słyszenie, jak coś suwają tam i sam, owe mowy do Rauschemeiera, groźby, podarki, wszystko było nieprawdą. Nic nie wiedział, nic nie słyszał, ale domyślał się, że kamrat mógł zabić gospodynię i że ciało leży na małym strychu. „Otóż sobie wyobrażałem, jak wszystko stać się mogło, a jak mi się zdawało, tak opowiedziałem. Dziwna rzecz, skąd mi się to brało; omal sam już uwierzyłem. Proszę wybaczyć memu głupstwu, jestem nierozumne bydlę”.

Oświadczenie to jest ważne; któż by wątpił, że zgodne z prawdą? Daje nam ono klucz do zagadki, skąd pochodzą w wielu procesach zeznania świadków, zgodne, zaprzysiężone, a jednak wbrew prawdzie przeciwne, świadkowie wierzą, że tak było, jak im się zdaje, wmawiają w siebie w przekonaniu, iż zeznają jako prawdziwe to, co tylko w fantazji się zrodziło. Nie trzeba nawet zawsze na to pobudek podłych, niegodziwych; w największej liczbie przypadków sami siebie oszukują.

Steiner siebie nie oszukiwał: ograniczony i niedołężny, dążył tylko do najbliższego celu, do własnego ocalenia. Czemu więc kłamał? Sam powiedział, że dlatego, bo myślał, że sędziemu się przysłuży, świadcząc przeciw kamratowi to, co mu się zdawało.

Feuerbach tu robi uwagę, że są ludzie tylko głupi na to, co prawda, a mający dosyć rozumu do kłamstwa.

Sąd wyrokiem uwolnił Steinera od wszelkiej kary.

 

Więcej podobnych historii kryminalnych

 

Script logo